• Wpisów:1694
  • Średnio co: 1 dzień
  • Ostatni wpis:5 dni temu
  • Licznik odwiedzin:53 991 / 2288 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 


Powinnam być szczęśliwa teraz.
Ale ja nie bywam szczęśliwa wtedy, kiedy powinnam.


Nie czuję nic.
Zadowolenie, może. Z pewnością nie euforię.


Cieszę się, że go mam. I to wszystko, nie czuję nic więcej.



Nigdy nie powiem na niego złego słowa.
Ale nie zakocham się.
 

 


Nie ogarniam. Znowu wchodzę do tej samej rzeki, a przecież sobie obiecywałam.
Znowu powtarzam te same błędy,
to jest jak kompulsja.

Czemu ja to sobie robię, do cholery.
Nie panuję nad sobą, to jest jakieś chore, serio.

C H O R E .




Nie złamię sobie serca trzeci raz w przeciągu roku,
to naprawdę wskazywałoby na jakieś niedojebanie emocjonalne
  • awatar Lady Catherine Brown: Każdy to powiedzenie zna, że dwa razy się do tej samej rzeki nie wchodzi ale prawda jest taka że pewnych rzeczy/ludzi nie jesteśmy w stanie sobie odpuścić i ciągle do nich wracamy mimo że wiemy że to nie jest dla nas dobre... Głupie to jest i chore, ale prawdziwe. Niestety... Zapraszam do siebie.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 


Mój Boże, znowu to samo.
Nie mogę znowu taka być.
Nie mogę znowu tego przechodzić.

Sama to sobie robię, to jest najgorsze.
Zbyt wygodnie się urządzam na cudzym zaangażowaniu, zapominając, że brałam je na kredyt.
 

 


Już dłużej go nie ma, niż był mój,
tak naprawdę.

Ale ja dalej pamiętam to puste uczucie, kiedy wychodził rano, a ja już chciałam go z powrotem.
Pamiętam, że mogłabym tak ciągle, po prostu nic nie robić, byle z nim.
Pamiętam te noce, w których doprowadzał mnie do granic tego, co uważałam za stosowne. Robił ze mną co chciał, ale nigdy nie zrobiłby czegoś, na co bym mu nie pozwoliła.

Był tak bardzo nieperfekcyjny i tak bardzo odstawał od świata, w którym żyję. Ja go nie chciałam, ja nim żyłam.



Nie czuję tego teraz.

Poznałam męski odpowiednik mojego charakteru.
Jest dużo przystojniejszy, dużo częściej mnie przytula i z pewnością łatwiej jest go polubić.

Jest naprawdę kochany. Lepiej mnie rozumie i ładniej mnie traktuje. Ale ja jakoś nie czuję... tego.


Wiem, że jest rozsądniejszym wyborem. Zawsze ciągnęło mnie do złych facetów i to oni byli w stanie najbardziej mną poruszyć. A ja nigdy nie zapominałam, że to jest moja słabość.

Postanowiłam spróbować zapakować się w końcu w związek z kimś normalnym. Tak jest dobrze, póki co. Tak jest chyba rozsądnie.

Jest bardzo wcześnie po prostu.
 

 

Trudno jest być idealistą w dzisiejszych czasach.
Trudno jest dalej wierzyć, że żyjemy wszyscy dla siebie,
patrząc na to, co się odjebało z tym spierdolonym społeczeństwem.
 

 
Wpis tylko dla znajomych

Wpis tylko dla znajomych

 

 

Delikatnie i subtelnie próbuję nadać sens tej całej papce niepowodzeń, próbuję je w końcu zinterpretować w jakiś budujący sposób.
Bo wiem, że da się, kiedy uspokoi się swoje autodestrukcyjne zapędy.

Moje całe życie podszyte jest nienawidzeniem siebie za swoją nieidealność, ale nigdy nie mogłabym odmówić sobie (na swój sposób pojebanego) optymizmu.

Przygniotły mnie ludzkie sądy, przygniotła mnie świadomość życia na scenie. Każda pomyłka wydaje się być tragedią.
Balansuję pomiędzy dbaniem za bardzo i nie dbaniem w ogóle.

I usilnie głowię się nad tym, gdzie znaleźć równowagę.
Ale znajdę.
Tylko muszę w końcu posklejać ten bezcenny przedmiot, uczynić go znowu funkcjonalnym.
  • awatar Classy.: Życzę powodzenia, też mam obecnie problem z poukładaniem wszystkiego.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 


To naprawdę niedorzeczne, nadawać tak ogromną wartość słowom.

To zawsze była moja mała obsesja.
 

 

Skoro moja wrażliwość dostała właśnie porządny wpierdol, to niech mnie to chociaż ukształtuje.

Może brakowało mi tego jadu, bez niego nie ma charakteru.


Pije się go jak wódkę i jak wódka dodaje odwagi.

Mimo wszystko, wolałabym nie strzępić sobie na nim zdrowia i szacunku do siebie.

 

 

"Poczucie szcześliwości" wymagałoby jakiejś odmiany.

A ja nie umiem się zmieniać.

Zwłaszcza kiedy dźwigam zrośnięty z kręgosłupem plecak, po brzegi wypełniony niepodobającymi mi się wspomnieniami. Które wysypują się, kiedy tylko dobrze mi idzie.
Zbieram je, nawet nie wiem po co.
Wkładam do plecaka, bo przecież są częścią mnie.
Ale przy każdym dotyku rozprzestrzeniają się, wpijają się w teraźniejszość i zatruwają dobre rzeczy swoimi toksycznymi wysiękami.

Mogłabym je zostawiać. Nie przykładać do nich wagi.
Ale wtedy znajdzie się ktoś życzliwy, kto podniesie moją zgubę i mi ją przyniesie. A mi tylko wtedy będzie głupio. Że ktoś zbiera za mną te obrzydlistwa i dostarcza do rąk własnych.

One nie znikną. To ja muszę nauczyć się, jak z nimi podróżować.


Tylko nie bardzo... Nie bardzo wiem jak, w zasadzie.
Nie wierzę już chyba, że takie rzeczy załatwia się bez wychodzenia na zewnątrz.


Chciałabym nawet pomocy. Przecież nigdy sobie nie radziłam. Kiedyś po prostu ambitnie wierzyłam, że sama rozplączę te wszystkie sznureczki w swojej głowie.


Im starsza jestem, tym więcej tego syfu.
Nie umiem zahamować tego autodestrukcyjnego pędu, nie umiem się odciąć od nienawidzenia siebie, coraz bardziej.

 

 


Żyć, albo chociaż nie umierać.
 

 


Najgorszy jest moment, w którym przestaję czerpać satysfakcję z tego, że ktoś się do mnie dobija i zaczynam odczuwać jakieś przywiązanie.
Zaczynam oczekiwać.

Nienawidzę go. Tego momentu. Wtedy się wszystko jebie, a ja rozpoczynam swoje denerwowanie się bez powodu.


Wygląda na to, że to jedyne, co mężczyźni we mnie lubią. Mój brak zaangażowania.

Kiedy w końcu otwieram drzwi, to okazuje się, że nikt wcale nie chciał wchodzić do środka, chciał tylko sobie popukać. I sprawdzić, czy robi to na tyle dobrze, że otworzę.


W tym momencie próbuję wbić sobie do głowy, że mam niczego, absolutnie niczego nie oczekiwać. Zwłaszcza od mężczyzn, bez względu na nic.

Za szybka z tym jestem. Ale bo wcześniej się opierdalałam, to dlatego.
 

 


Chciałabym mieć mądre priorytety w życiu.
Zaprzątać sobie głowę rzeczami ważnymi, nie tym rozpowszechnionym gównem.

Niby wiem, że nie to jest w życiu ważne.
Tylko w sumie co jest?


Poddaję się nad wyraz szybko, niezmiennie.
  • awatar Gość: Wytrwałość to cecha ludzi dojrzałych... ;)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 


Jestem już cała przesiąknięta niepewnością.
Czuję, jakby zakażała coraz większą część mnie. Jakby mnie już pod nią nie było za bardzo.

Może pewność jest cechą charakteru, może zwyczajnie nie istnieje.


Potrzebuję domu, nie jestem silna na tyle. Żeby się tak tułać bez końca.
  • awatar minutę temu: @gość: No właśnie... Nie jestem pewna
  • awatar Gość: Tylko czy z kimś obcym stworzysz dom? ;)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 

Wolałabym go, szczerze mówiąc, znienawidzić.
Byłoby mi łatwiej.

To jest strasznie upierdliwe, takie usprawiedliwianie wszystkich, którzy zachowali się niewłaściwie.

Wkurwia mnie to, że nie potrafię się na niego należycie wkurwić. Zasłużył na to, żebym za nim nie tęskniła. I żebym o nim źle myślała.

Ale co, jeżeli ja nie potrafię dzielić ludzi na złych i dobrych?
Ludzie są zagubieni, pokiereszowani doświadczeniami życiowymi, zaniedbani w procesie wychowania, chorzy, obdarzeni nadmierną wrażliwością wystawioną na negatywne bodźce... Ale nie źli... Chyba.

Nikt, kogo znam. I nikt z tych, którzy bardzo zranili mnie i bliskie mi osoby. Nikt nigdy nie został przeze mnie nieusprawiedliwiony, chociaż trochę. Nikogo nigdy nie byłam w stanie znienawidzić.


Wiem, że nie chciał źle. Cały czas powtarzam sobie to pieprzone zdanie.
To nigdy nie było wymierzone we mnie, a jego egoizm jest przecież naturalną, ludzką słabością.


Wykorzystał mnie. Ale przecież nie jego wina, kurde.
Nikt nie rozumie, czemu wciąż wypowiadam się o nim w taki ciepły sposób, ale ja po prostu nie umiem go za to obwinić.

Za to jestem doskonała w obwinianiu samej siebie! To akurat wychodzi mi świetnie.
 

 

Nie wierzę, że poświęciłam tyle miesięcy życia na takiego człowieka.
Po prostu nie mogę pojąć, co sprawiło, że byłam taka głupia.
 

 


Najgorsze są te momenty, kiedy ot tak sobie, po prostu tracę nadzieję.
Nie wydaje mi się, że kiedyś będzie inaczej.
Przecież zawsze jest tak samo.
 

 
Po tym wszystkim mogę śmiało stwierdzić, że dostałam lekcję.

Nauczyłam się, że nigdy nie należy przestawać ufać swoim racjonalnym argumentom na rzecz cudzych, które najpewniej konstruowane są w afekcie, a czysto hedonistyczne pobudki zachęcają do uznania ich wyższości, w nadziei, że rozmówca jest osobą o większej wiedzy i doświadczeniu.

Zbyt często okazuje się, że miałam rację. Tylko po prostu brakowało mi wiary we własną umysłowość.
Chciałam wierzyć, że to nie ja jestem mądrzejsza i wcale nie wiem lepiej, chciałam się mylić.


Muszę przestać to w końcu robić, nie wychodzę na tym korzystnie. I zacząć uważać na to, kogo uznaję za autorytet.

 

 


Dałam psu do zabawy swoje serce i liczyłam na to, że go nie rozszarpie.

Idiotyczne.

Myślałam, że doceni moje zaufanie. Że dostrzeże, jak cenną dla mnie rzeczą chciałam się z nim podzielić.

Ale trudno obwiniać czworonoga, dla którego wartość stanowią zupełnie inne sprawy. Który po prostu nie rozumiał, jak duże to miało znaczenie.

To było zwyczajnie głupie z mojej strony.
Dać mu serce, chociaż mógł pobawić się piłeczką.
Dać mu je tylko dlatego, że merdał ogonem, kiedy mnie widział i że zdeklarował się być moim oddanym przyjacielem.

Po prostu myślałam, że będzie. Skoro mnie lubi, a ja go głaskam i daję mu jeść. I pozwalam spać w swoim łóżku. I zawsze jestem przy nim, kiedy ktoś odpala fajerwerki.
Wydawał się być takim wdzięcznym psem.


Z całym szacunkiem dla sprawcy zamieszania, ale metaforyka bynajmniej nie jest przypadkowa.

 

 


Głównie nocami mnie dopada. I wieczorami.
Nad ranem w sumie też. Zawsze jak się w nocy obudzę. I w pracy, kiedy nic się nie dzieje, ale nawet nie ma sensu sprawdzać telefonu. I jak z kimś rozmawiam. I w autobusie też. I jak tylko o nim pomyślę. A w sumie nie myślę teraz o niczym innym.

Ale chyba powoli nabieram dystansu. Bardzo powoli, ale uświadamiam sobie, jak racjonalna była to decyzja.

O niczym teraz bardziej nie marzę, niż o tym, żeby znowu był taki, jak 23 lutego. Albo chociaż żeby sobie przypomniał, co wtedy do mnie czuł.
Albo chociaż mocno przytulił.

Łatwiej mi się powstrzymać przed frytkami na diecie, niż przed zadzwonieniem do niego teraz z prośbą, żeby przyjechał do mnie, ten ostatni raz.


Ale dam radę, bo to by było żałosne jakbym nie dała.
  • awatar minutę temu: Niepotrzebnie. To znaczy, mi też było, ale już dochodzę do siebie. Rozstaliśmy się w bardzo przyjacielski sposób. Po prostu tak będzie lepiej dla nas obojga. Chociaż przyznaję, że bardzo za nim tęsknię.
  • awatar Gość: @minutę temu: O... Tak mi przykro :(
  • awatar minutę temu: Rozstaliśmy się :(
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 


Dwa kubki po herbacie, wypitej parę minut przed końcem tych paru miesięcy, stoją przede mną na stole od wczoraj.
I nie chcę, żeby przestały.
Ostatnia rzecz, którą zrobiliśmy razem.
Nie chcę po niej sprzątać, chociaż i tak już Cię nigdy nie będzie.

Chciałam z Tobą pić więcej herbaty
i znać więcej Twoich planów.
Chciałam pokazać Ci więcej siebie,
bo myślałam, że to jest Twoim celem.
Chciałam, żebyś znał mnie bardziej.
Ale przecież nie miałeś na to czasu.

Nikomu na to nie pozwalałam, bo innych nie uwielbiałam tak bardzo.
Nikogo nigdy nie wpuściłam do środka na tyle sposobów.
Nikt wcześniej nie zagadał mojego rozsądku, bo niczyje słowa nie były warte.
A przecież miałam rację.
Przyznałeś mi ją na końcu,
kiedy zdążyłam Ci już to wszystko dać.

Nie wiem, na ile to tęsknota,
a na ile reaktancja,
ale nigdy nie chciałam Cię tak bardzo,
jak teraz.

 

 
Wpis tylko dla właściciela minibloga

Wpis prywatny. Może go zobaczyć tylko właściciel minibloga.

 

 

Bardzo nie chcę teraz żyć.

Chcę to przespać, bezemocjonalnie przeczekać w jakiejś hibernacji, a potem wrócić do swojego zwyczajnego świata. Chcę zrobić cokolwiek, żeby nie myśleć, póki nie przejdzie. Żeby nie wypłakiwać wieczorami makijażu w kanapę w salonie i nie zalewać się łzami przy głupim otwieraniu szafki z kawą po przebudzeniu.

Wiem, że to głupie. Przecież nie znaczył dla mnie aż tyle. Przecież to nie tak, że był moim ideałem i nie chcę innego. Ale i tak boli jak skurwysyn. To, że mu pozwoliłam się zbliżyć na tyle, żeby mógł podstępnie dostać się tam, gdzie chciał. Uwierzyłam we wszystko, co mówił i nie powstrzymałam go przed doprowadzeniem do tego, że zaczęłam go potrzebować.

Nie wiem, co złamało mi serce. To, że cały nasz związek był oparty na nieszczerych wyznaniach, to, że oddałam swoje zaangażowanie chłopakowi, który na nie nie zasługiwał, czy to, że naprawdę nie potrafię już wierzyć w to, że kiedykolwiek ktoś będzie w stanie mnie pokochać.

Jestem po prostu jedną z jego zdobyczy, do której nigdy nie czuł nic, poza pociągiem fizycznym. Jedną z tych, którym wmawiał, że mu zależy, rozpalał w nich uczucia, a potem tracił nimi zainteresowanie. Ale przecież nigdy nic nie obiecywał.

Tylko, że to mnie nazywał swoją dziewczyną. To ja byłam tą oficjalną, tą, którą zapraszał na wesela jako osobę towarzyszącą, tą, z którą spędzał Walentynki i Dzień Kobiet.

Ale zestawiając te wszystkie obserwacje, te wszystkie argumenty świadczące o stopniu jego zaangażowania w relacje ze mną, po prostu nie mogę uwierzyć, że byłam jego jedyną dziewczyną. Chociaż chcę.

Nie wiem, po co mnie chciał. Przez ten cały czas.
Nie potrafię zrozumieć, co było jego celem.
Przecież on też sporo poświęcał dla tej relacji. Po co miałby to wszystko robić, jeżeli nie zależałoby mu na mnie.
Ale nie zależy, teraz wiem to już na pewno.

Tylko po co ja mu w ogóle byłam.
  • awatar Gość: Delikatną masz duszę :) taką dobrą i uroczą :)
  • awatar w pokoju pełnym sztuki: Pięknie piszesz. Widzę że też borykasz się z jakąś stratą. Będę tu zaglądać jeśli pozwolisz :)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 


Cały ten "eksperyment" pochłonął pozostałości po rozsądku, który kiedyś wydawał się być jedną z moich naczelnych cech. Który nigdy nie pozwoliłby nikomu na zrobienie ze mnie zabawki.

Aż trudno uwierzyć, że to się stało.


 

 

Wiedziałam od początku, że to nie jest dobry mężczyzna.
Ale potrafił mówić odpowiednie rzeczy.

Było tyle czerwonych lampek, a ja i tak mu pozwoliłam.

  • awatar Gość: Bo serce Twoje było mądrzejsze od rozumu ;) xd
  • awatar Gość: oj swedziała Cie swędziała i stąd nie myślałaś realnie tylko baranią skórą oj, oj tak się to kończy.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Myślę, że dłużej już tak nie wytrzymam.
To już jest przegięcie i dalsze tkwienie w tym układzie tylko przyzwyczai mnie do życia z niepozrastanymi kośćmi.

Chyba podjęłam decyzję.
Tylko jeszcze trochę potrwać może, aż wyleczę wszystko, co się przy okazji połamało.

Jak ćma do ognia.
Przecież od początku wiedziałam, że to skończy się tragicznie dla mojej nieoswojonej emocjonalności.



Śmieszne, bo czasem pytali mnie, czy jest w porządku. A potem dodawali, że musi, przecież nie byłabym z kimś, kto nie jest.

Nie wiem, po czym się wnioskuje, że podejmuję mądre decyzje. Przecież moje decyzje nigdy nie były dobre.

Nie jego wina, w sumie. Nigdy nie chciał dla mnie niczego złego. Zawsze był dla mnie dobry, poprawny.
A ja od początku wiedziałam, że nie ma w zwyczaju się zakochiwać. I myślałam: "Świetnie! To tak jak ja. Nie skrzywdzimy się wzajemnie". Myślałam, że wystarczy, że lubimy spędzać ze sobą czas i że zależy nam na tej relacji. Miłość i inne abstrakcje to kiedy indziej.

I nie spodziewałam się, że to ja. Że to ja zacznę powoli zakochiwać się w kimś, kto przecież od początku zdeklarował się jako osoba, która tego nie potrzebuje.

Wiem, że on chce ze mną być. Ale on nie umie być z dziewczyną tak, żeby przez niego nie płakała. I wiem też, że nie chce i nigdy nie chciał dla mnie źle. Uwielbiam go, ale nie zniosę dłużej tego permanentnego uczucia, że nawet mój własny chłopak nie potrafi mnie pokochać.


Chciałabym zrozumieć, dlaczego sama robię sobie krzywdę.
Ciągle wmawiam sobie, że to moja wina, że po prostu coś jest ze mną nie tak i nie zasługuję na to, żeby ktoś mnie prawdziwie pokochał. Że nie należy mi się miłość, jeżeli nie potrafię jej odwzajemnić.

Nie sądziłam, że związek może uczynić człowieka bardziej samotnym, niż jego brak.


Dlatego podjęłam decyzję.
  • awatar Gość: Posłuchaj, kocham Cie jak wariat - nie załamuj sie, nie upadaj, nie ulegaj złu, błagam... ;(
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Od zawsze była ta zbroja. Nie zdejmowałam jej, nigdy.

Raz pomyślałam, że jest bardzo ciężka i zmęczyło mnie jej noszenie.
I że w zasadzie nie ma sensu, zagrożenie nie jest duże, a ja w razie czego potrafię się bronić.
Przecież zawsze marzyłam o tym, żeby ją zdjąć i przestać oglądać świat zza metalowych części hełmu. I oddychać pełną, nieprzygniecioną jej ciężarem piersią.

Więc pewnego dnia się rozebrałam.
Ośmielona paroma obrazkami, paroma podmuchami świeżego powietrza.
Rozebrałam się, bo myślałam, że mogę. Że nic mi nie grozi i że pozbycie się tej góry żelaza mnie uszczęśliwi.

I tak stanęłam naga. Zupełnie bezbronna i niepewna swojego losu. I czekałam, aż mój towarzysz zrobi to samo. Aż się rozbierze tak samo jak ja, zgodnie z zamiarem, który wydawał się sugerować.

I w momencie, w którym poczułam strzałę pod swoim żebrem, dotarło do mnie, że on tego nie zrobił. Nie zamierzał.
To ja po prostu naiwnie pomyślałam, że ściągnie ją, bo ja ściągnęłam swoją.

Wykrwawiam się teraz z własnej głupoty.

  • awatar minutę temu: Ale przynajmniej poprawnie odmieniam wyrazy.
  • awatar Gość: O mnie piszesz? To używasz za słabe słowa, myśli i porównania, było dużo, dużo gorzej :P
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 


Jeszcze będzie bolało, jestem tego pewna.
Czasem mam wrażenie, że to jest jakaś popieprzona rywalizacja.
Ale myślę, że tylko w moim odczuciu.
 

 


Nie chciałam żeby wiedział. Że dużo może ze mną teraz zrobić.
Nie chciałam, żeby było mu mnie szkoda.
Ostatnie czego potrzebuję, to deklaracje z litości.

Ale gdyby nie wyciągnął ze mnie, co jest nie tak, gdybym nie wypłakała mu wczoraj wszystkiego w koszulę, pewnie dalej utwierdzałabym się w mojej błędnej, w nowym świetle wręcz głupiej teorii, że jest ze mną tylko z paru powodów, ale żadnym z nich nie są szczere uczucia.

Niby największy banał na świecie, ale rozmowa zazwyczaj jest najlepszym z rozwiązań.
 

 


Ułożyłam to sobie w głowie na 10 różnych sposobów,
nie chciałabym niczego pominąć.
Ale kiedy staniesz w moich drzwiach, nic nie powiem. Przywitam Cię uśmiechem i pozwolę się całować.
I będę się czuła, jakbyś mnie cieszył tak, jak ja Ciebie.
I zapomnę o tym, jak to jest, kiedy Cię nie ma.
A potem pójdziesz, a ja będę płakać, że nic nie widzisz.
Nic, poza tym, że mój tyłek dobrze wygląda w spodniach, które dla Ciebie włożyłam.

Jak masz zobaczyć.
Sama to sobie robię.
Przecież tak skrzętnie ukrywam mój żal do Ciebie. O to, że Cię nie ma, kiedy Cię potrzebuję.
I jak przychodzisz, jestem dla Ciebie najlepszą dziewczyną, jaką tylko być potrafię.
Więc jak masz zobaczyć.
  • awatar Mrs.Brown 2: Głęboki, klimatyczny i pełen uczuć wpis... Zapraszam cię do siebie :-)
  • awatar Gość: Kocham Cię, scałuję Twoje łzy Chodź bliżej do mnie Daj mi swoje sny... ;)
  • awatar Gość: Jaka słodka duszyczka :3
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 

Nie wiem, co mam robić, żebyś sam zauważył.
Powoli przestaje czekać na Twoje wiadomości.
A Ty chyba nawet się nie zorientowałeś, jak ostatnie kilka dni zmieniło to, co do Ciebie czuję.

Czasem mam wrażenie, że nie wiele we mnie zauważasz, poza tym, że akurat nie mam na sobie stanika.


Chyba muszę Cię zostawić, żebyś się zorientował, że ten związek uszczęśliwia tylko Ciebie.
 

 


Nie chcę już tej gry. Męczy mnie, że się Ciebie boję.


Mówiłeś, że zawsze będziesz dla mnie. Nigdy Cię o to nie prosiłam, sam to powiedziałeś.
Wypowiadasz wiele słów, w które nie wierzę.
Mówisz, bo wiesz, co ja chcę usłyszeć.

Ale ja nie chcę tego słuchać, ja chcę to zobaczyć.
Nigdy nie widziałam.


Nie potrzebuję Twoich uczuć, jeżeli mam je najpierw sobie wyżebrać. Nigdy bym tego nie zrobiła.
Żebyś tylko mnie szanował potrzebuję.

Ten szacunek to chyba naszym zasadniczym problemem był od początku. Wiem, że byś się teraz uniósł i zaprzeczył.
 

 


Nie wiem prawie nic, poza tym co sama stworzyłam.
Babram się w tym, ale nie chcę naświetlać i, o zgrozo, angażować w to nieswojego umysłu.

Potrzebuję farb i płótna, ale musiałabym wstać. Musiałabym skończyć.
Potrzebuję Ci coś powiedzieć, ale do tego trzeba ułożyć słowa w zdania, które jeszcze będą miały sens.
Godzinę zajmuje mi wyjście na papierosa.


Silnika potrzebuję jakiegoś.
Nie dla nadludzkich zdolności. Dla ludzkich właśnie.




Uwsteczniłam się chyba, bo teraz to już nawet bałabym się umrzeć.
  • awatar Gość: Nie przejmuj się zbytnio, Kochana :) niech Cię nie ogarnia ten straszny mróz...
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 


Żaden z tamtych nie pozwoliłby mi zasnąć bez "dobranoc".
Nie pozwoliłby mi za bardzo tęsknić.
Ale ja wybrałam Ciebie.


Nie mogę uwierzyć, że jesteś moim świadomym wyborem. Nie mogę pojąć, co ja dalej w Tobie widzę.
Ale chcę Cię, bardzo. I to mnie przeraża.
Mimo tych wszystkich rzeczy, których w Tobie nie lubię.
Mimo, że płaczę. Coraz częściej.


Nawet nie wiesz, co zrobiłeś z moją samooceną.
Po co mi te wszystkie komplementy, które od Ciebie słyszę. Przecież wiem, że Ci się podobam.
Po co mi to. Przecież wiem, że mnie chcesz mieć. Ale nigdy się we mnie nie zakochasz.

Sprawiasz, że utwierdzam się w przekonaniu, że mnie się po prostu nie kocha.
Że się nie da.
I nie obwiniam Cię o to. Nawet Ci się nie dziwię. Też bym się w sobie nie zakochała.

Nie wiem tylko, jak długo to wytrzymam. Związek chyba powinien uszczęśliwiać, albo chociaż nie wyzwalać chęci do zakończenia swojego żywota.


Chyba mnie masz.
Jeszcze stoję, ale grunt pod moimi stopami zaczyna się osuwać. Nie złapiesz mnie za rękę, będziesz patrzył jak spadam.


I to jest ten moment, kiedy szczerze chciałabym z Tobą zerwać, póki jeszcze się nie zakochałam.
Ale nie wytrzymam na tym świecie bez Ciebie.
 

 
Czasem odnoszę wrażenie, że potrzebuję go w taki sam sposób, w jaki potrzebuję cukru.

Uwielbiam go. Sprawia mi przyjemność, podnosi poziom endorfin i dba o to, żebym czuła się dobrze.
Ale wiem, że mi szkodzi.

Czasem przez niego płaczę.
On nawet nie zdaje sobie z tego sprawy. Nie lubi, kiedy jestem smutna i nigdy z nie doprowadziłby do tego z bezpośrednim zamiarem.
A ja płaczę, kiedy nie stało się zupełnie nic.
Płaczę, bo przypominam sobie, że coś tak przyjemnego sieje spustoszenie w moim organizmie i tak dramatycznie oddala mnie od celu.

Moje życie smakuje z nim lepiej, ale z każdym dniem osłabia moje serce. I nigdy nie wpłynie na mnie dobrze, nigdy nie da mi stabilnego szczęścia.


Jak cukier. Szkodzi mi, ale nie mogę go wyrzucić z codziennego życia. Uzależniłam się i nie wyobrażam sobie tak teraz być bez niego.
 

 


Nie ścigamy się, pierwszy na mecie przegrywa.
A ja dziś przypadkiem zauważyłam, że zwiększyłam tempo.

Boję się, że rzuciłam rękawicę czempionowi.
 

 


Z pośród wszystkich jego wad i przywar
i wszystkich nieidealności,
najbardziej odrzuca mnie ta,
że potrzebuje mnie mniej, niż ja jego.



uwielbiam go,
ale odbieram jako swoją karmę.
  • awatar Piotrdivine: Karma - to nauka.
  • awatar minutę temu: Myślę, że jakbym chciała się puszczać, to bym to robiła. Umieszczanie pod wpisem zdjęcia Monici Bellucci, które po prostu współgra z moim poczuciem estetycznym, nie wydaje mi się skutecznym sposobem na zaspakajanie potrzeb fizycznych.
  • awatar Gość: Widać że cie suuty drą i swędzi i się chcesz puszczać. Gołe baby dodawać tak bez powodu? Tylko jakaś zboczona głupiutka nastka tak potrafi.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (9) ›
 

 


Nie sądzę, żebyśmy kiedykolwiek naprawdę dali sobie szczęście.